Skip to content

Los Angeles #2 – Elysian Park, Echo Park & Downtown

Dziś zabieram Was na hiking, w klapkach… Tak właśnie wybrałyśmy się z Fioną do parku Elysian. Co z tego wyszło? Zobaczcie sami.

Tego dnia przyjechałyśmy do naszego Couchsurfera w Downtown. William pokazał nam dach z basenem oraz widokiem na miasto. Po chwili odpoczynku ruszyłyśmy na spacer do Little Tokyo. Nie znalazłyśmy tam nic ciekawego, nawet nie wyciągałam aparatu. Stwierdziłyśmy wtedy, że szkoda marnować dnia i możemy przejechać się do Elysian Park, który miałyśmy zaplanowany na inny dzień, a który znajdował się niedaleko nas.

Wzięłyśmy więc ubera i po 10 minutach byłyśmy na miejscu. Nie wiedziałyśmy czego się spodziewać. Tymczasem zastałyśmy jakieś pikniki rodzinne. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że byłyśmy tam jedynymi białymi dziewczynami z blond włosami i nasza obecność zwróciła uwagę wszystkich dookoła. Wszyscy obecni w parku byli Latynosami. Jednak nie przejęłyśmy się tym za bardzo. Możecie wierzyć lub nie, ale w Los Angeles nie było ani jednego momentu żebym nie czuła się bezpiecznie.

Wyszukałam w google „Elysian Park Swing” aby dostać się do najpopularniejszej w LA huśtawki. Jak się jednak okazało na miejscu, została ona zniszczona i jedyne co zastałyśmy, to liny zwisające z drzewa. Nie zrezygnowałyśmy jednak z okazji zrobienia zdjęć. Takie widoki warto uwiecznić.

Zaproponowałam żebyśmy się jeszcze przeszły w drugą stronę. Miałam nadzieję zobaczyć coś więcej. Zeszłyśmy więc z jednego wzgórza i ruszyłyśmy na kolejne. Po przejściu kolejnych kilkuset metrów mogłyśmy podziwiać wieżowce w Downtown.

Nie zrezygnowałyśmy jednak z dalszej wędrówki. Za każdym wzgórzem kryło się coś nowego, coraz to ciekawszego.

Kiedy tak szłyśmy poboczem ponownie zaczęłyśmy wzbudzać sensację wśród przejeżdżających lokalsów. Machali nam, trąbili, krzyczeli. Na szczęście wszystko było w porządku i mogłyśmy spokojnie dokończyć nasz spacer.

Kiedy już zeszłyśmy na dół, stwierdziłyśmy, że po chwili odpoczynku idziemy dalej, do kolejnego parku.

Przechadzałyśmy się między uliczkami, które niesamowicie przypominały nam te hiszpańskie. Ludzie siedzieli na werandach, rozmawiali w swoim ojczystym języku i delektowali się pięknym popołudniem z dala od zgiełku tego wielkiego miasta.

Kiedy już powoli umierałyśmy z głodu, na naszej drodze pojawiła się chińska knajpa. Tego typu jedzenie jadłam tylko raz w życiu i było to właśnie w Stanach. Dostałyśmy ryż, makaron, kurczaka oraz egg rollsy w wielkim pudełku za zaledwie 8$. Było to najlepiej wydane 8 dolarów w moim życiu. To jedzenie było przepyszne. Najadłyśmy się niesamowicie i zabrałyśmy jeszcze resztę do domu. Takie miejsca, są najlepsze. Na uboczu, gdzie jadają jedynie miejscowi. Zdecydowanie polecam szukać takich właśnie miejsc.

W końcu dotarłyśmy do Echo Park. Trafiłyśmy na idealną porę, bo właśnie zachodziło słońce. Mogłyśmy obserwować piękne palmy na tle pomarańczowego nieba. Przez moment czułam się tam jak w raju. To jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie widziałam w LA.

Po obejrzeniu zachodu słońca przyszła pora na powrót do domu. Byłyśmy wykończone po całym dniu chodzenia, ale jednocześnie szczęśliwe, bo udało nam się zobaczyć wiele pięknych miejsc tego dnia. A to jeszcze nie był koniec…

Weszłyśmy na dach. Mogłyśmy obserwować życie w wieżowcach dookoła nas oraz fajerwerki, które z dwudniowym wyprzedzeniem rozpoczynały celebrowanie amerykańskiego święta niepodległości.

Kiedy zrobiłam już zdjęcia jakich potrzebowałam, usiadłam na kanapie koło Fiony i delektowałam się chwilą. Obserwowałam sztuczne ognie, samoloty, światła miasta. I w tej właśnie krótkiej chwili utwierdziłam się w przekonaniu, że Los Angeles jest miastem, w którym chcę żyć. Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale wiem, że zamieszkam w Mieście Aniołów.

CDN…


INSTAGRAM | FACEBOOK | SNAPCHAT: powerpinkyx